Blog

Nie dam ci lekcji, bo nie. Czy uczymy nasze dzieci przyjaźni?

Jako dziecko dużo chorowałam i często opuszczałam szkołę. Zaległości udawało mi się nadrobić bez trudu – koleżanki pożyczały zeszyty, ja je pracowicie przepisywałam i mimo nieobecności na lekcjach, byłam na bieżąco.

Photo by Annie Spratt on Unsplash

Domyślam się, że wy też macie podobne wspomnienia z czasów, gdy nie robiło się zeszytom zdjęć komórką ani nie skanowało zadań z matematyki, by przesłać je mailem. Trzeba się było trochę natrudzić. Jedna osoba pilnowała, by notatki były kompletne, po szkole szła do chorej koleżanki albo kolegi, pożyczała zeszyty. Druga – chora – osoba przepisywała zapiski do swojego zeszytu i z wdzięcznością oddawała kajety koledze lub koleżance.

Czasem, przy dłuższej absencji, tworzyło się system wsparcia dla chorego przyjaciela. Paczka kolegów dzieliła się obowiązkiem wsparcia nieobecnej osoby. Gdy trafiłam do szpitala, każdy uczeń mojej klasy napisał do mnie jakąś kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia (a, umówmy się, w wieku ośmiu lat nie byłam duszą towarzystwa). Kiedy w piątej klasie złamałam nogę, koleżanki odwiedzały mnie rotacyjnie, coraz to inna, a raz na jakiś czas przychodziła cała grupa, by powygłupiać się próbując chodzenia o kulach. To było miłe i… normalne.

Kto nas tego nauczył? Pewnie rodzice. Ale też szkoła. Nauczyciele wiedzieli od dzieci, co dzieje się z ich kolegą czy koleżanką, sugerowali, by się nawzajem odwiedzać, pomagać sobie w potrzebie. Wtedy w ogóle ludzie odwiedzali się w domach, widywali na podwórku, rozmawiali w windzie. Gdy sąsiadowi popsuł się samochód, naokoło otwartej maski rzężącego fiata zbierał się mały tłumek, by wspólnie uradzić, czy to świece czy alternator. Człowiek ze swoim problemem zwykle nie zostawał sam. Takie mieliśmy środowisko.

Potem coś zdecydowanie poszło nie tak.
Photo by Annie Spratt on Unsplash
Photo by Annie Spratt on Unsplash

Ostatnio często bywam w szpitalu na oddziale pediatrycznym i mam okazję przysłuchiwać się problemom dzieci w wieku szkolnym. „Nikt mi nie chce dać lekcji” – mówi dziewczynka na oko dwunastoletnia i tłumaczy swojemu (zdziwionemu, podobnie jak ja) tacie, że teraz to norma. „Ale jak to, dlaczego?” – dopytuje ojciec. Córka tłumaczy mu, że koleżanki nie odpowiadają na jej prośby albo mówią, że nie mają na to czasu. Wszyscy spieszą się na swoje zajęcia pozalekcyjne, pędzą do swoich spraw. Nie mają czasu, by koleżance, która leży w szpitalu pod kroplówką tłumaczyć, które zadanie, z której strony i na kiedy.

Nie dawanie lekcji nie jest raczej objawem niechęci wobec kolegi czy koleżanki. W klasie mojej córki jedna z bardziej lubianych dziewczynek poskarżyła się mamie, że kolejna osoba odmówiła jej podania lekcji, tłumacząc się brakiem czasu. Ta sprawa potrząsnęła nami, rodzicami, wychowawczyni także poruszyła ją na zebraniu. Dzieci czasem tłumaczą się tym, że książki z notatkami zostawiają w szkolnej szafce i potem nie mają jak podać choremu koledze potrzebnych informacji. Częściej jednak jest tak, że prośba o podanie lekcji przychodzi nie w porę, gdy dziecko ma inne rzeczy do roboty.

I teraz powstaje pytanie:

Czy na pewno uczyliśmy nasze dzieci, że nie można odmówić prośbie przyjaciela? Czy pokazaliśmy dzieciakom, że wśród wielu pilnych i ważnych spraw najważniejsze jest to, co wiąże się z przyjaźnią, odpowiedzialnością, dbaniem o bliskich ludzi? Czy uczymy empatii – zrozumienia, jak czuje się ktoś, kto w słuchawce telefonu słyszy „Nie mam dla ciebie czasu”?

Kiedy patrzę na rodziców, widzę, że bardzo się starają, by ich dzieciom było w życiu dobrze i bezpiecznie, by zyskały odpowiedni status. Rozumiem to. Ale martwię się, gdy widzę rodziców dumnych z tego, że dziecko bierze udział w konkursach i wygrywa w rozmaitych konkurencjach. Moim zdaniem fakt, że już od przedszkola wtłaczamy dzieci w system rywalizacji, nie jest dla nich dobry.

Czy uczymy pracy zespołowej?

Przyzwyczajamy do walki o pierwsze miejsce: wtłaczamy dzieciom do głów, że dobrze to wygląda, gdy ma się na koncie liczne dyplomy i medale. Posyłamy dzieci na zajęcia dodatkowe, by dać im przewagę nad rówieśnikami. Nic dziwnego, że potem uczeń proszony przez kolegę o pomoc w nadrabianiu lekcji uznaje, że nie ma na to czasu, musi lecieć na dodatkowy angielski, zadbać o swoje szanse, nie o dobro kolegi.

Niepokoi mnie to, że w dzienniku elektronicznym mam zakładkę: „Uczeń na tle klasy” i statystyczne ujęcie w czym i na ile moje dziecko jest lepsze od innych dzieci. Boję się takiego trendu, w ramach którego dziecko ma wygrywać w wyścigu, pokonywać słabszych. Nie podobają mi się czasy, w których dzieci uczy się, że najważniejszy jest osobisty sukces, a to, czy inni sobie radzą w życiu jest mało istotne.

Socjolog prof. Zygmunt Bauman w swoich rozważaniach o ponowoczesności pisał o tym, jak przeszliśmy od społeczeństwa opiekuńczego do konsumpcyjnego, w którym człowiek nie czuje się współodpowiedzialny za innych: płaci za swoją wygodę, korzysta z przyjemności, nie nawiązuje bliższych relacji, unika zobowiązań. Nie lubię tej jego ponurej wizji, bo wciąż chcę widzieć ludzi bardziej złożonych, a świat lepszy. Ale myślę, że warto sobie uświadomić, dokąd – jako społeczeństwo – zmierzamy. Czego uczymy nasze dzieci. Czy rosną w przekonaniu, że muszą się w życiu nachapać, czy raczej w przeświadczeniu, że dla wszystkich powinno starczyć.

Photo by Ben White on Unsplash

***

Firma FC EDU oferuje szkołom program wychowawczy Leader in Me, oparty na metodzie 7 nawyków skutecznego działania Stephena R. Covey’a. Uczymy dzieci odpowiedzialności za swoje decyzje, troski o innych, myślenia w kategoriach wygrana-wygrana, pracy zespołowej, kompetencji komunikacyjnych. Mamy misję wspierania polskich szkół w wychowaniu uczniów na ludzi potrafiących żyć szczęśliwie i tworzyć dobre relacje z innymi ludźmi.

Autor:

redaktorka serwisu FC EDU

1 komentarz

  • Ola
    / Odpowiedz

    Jakie smutne ale zarazem prawdziwe.Ja się nie poddaję, a dziś po seansie ” cudownego chłopaka ” jeszcze bardziej wierzę w przemianę.

Dodaj komentarz