Blog

W Polsce mnie uczono, w Ameryce ktoś we mnie uwierzył

o mobbingu w polskiej szkole, nadmiernym luzie w amerykańskiej i trudnej drodze do sukcesu z Kasią Ostrowski rozmawia Joanna Szulc.

Kasiu, masz świetną pracę, zdobyłaś liczne nagrody, jesteś design directorem w renomowanej międzynarodowej firmie architektonicznej, prowadzisz także własną firmę, wykładałaś na uczelni. Mieszkasz na Florydzie w domu z basenem. Czy podejrzewałaś, że tak będzie, gdy 25 lat temu wyjeżdżałaś z Polski do USA w trzeciej klasie liceum z trzema jedynkami na świadectwie i opinią tej, co sobie w szkole nie poradzi?
Kasia Ostrowski jest architektem wnętrz, pracuje jako dyrektor w prestiżowej pracowni Gensler na Florydzie, prowadzi własną firmę, uczy.
Kasia Ostrowski jest architektem wnętrz, pracuje jako dyrektor w prestiżowej pracowni Gensler na Florydzie, prowadzi własną firmę, uczy.

Nie, zupełnie sobie tego nie wyobrażałam. Wtedy nawet nie wiedziałam, co czuję. Byłam, jak galareta, trudno mi było złapać pion.

Myślę zresztą, że te jedynki dorzucano mi, bo wiadomo było, że wyjeżdżam na Florydę i właściwie nie ma po co się starać.
Ja walczyłam, nauczyciele uznali, że nie ma o co.

W podstawówce wygrałaś olimpiadę z fizyki i matematyki, dobrze się uczyłaś. Poszłyśmy do renomowanego liceum. Pamiętam, jak z każdym miesiącem coraz więcej płakałaś.
Chemiczki baliśmy się wszyscy. Podobno kogoś spod tablicy zabrało pogotowie. Ty tylko płakałaś i podchodziłaś do kolejnych popraw.

Tak, można powiedzieć, że wywarła spory wpływ na moje życie. Gdy już wyjechałam do Stanów omijałam chemię, jak mogłam. Marzyły mi się studia medyczne. Zrobiłam dwa lata i nie wytrzymałam. Na zajęciach z chemii wracały wspomnienia z Polski.

Mówiła nam, że dziewczyny w ogóle nie nadają się do nauki i że nam współczuje obowiązku szkolnego. Ale nie tylko u niej miałaś ciężko.

Tak. Koszmarnie było z niemieckim i polskim.

Masz dysleksję. Pierwsza polonistka to rozumiała i miałaś dobre wyniki w nauce. Kolejny nauczyciel polskiego nie uznawał orzeczenia. Nie przepuścił cię do następnej klasy.

Do dziś czasem słyszę, że osoba na moim stanowisku nie powinna robić tak podstawowych błędów w mailach służbowych. Nic na to nie poradzę, przyjmuję do wiadomości: kogoś to może dziwić, że robię błędy. Akceptuję to, dysleksja nie wpływa na moją samoocenę. Dwadzieścia kilka lat temu w polskiej szkole czułam się po prostu gorsza.

Ale poczekaj, chcę zaznaczyć: nie uważam, żeby amerykańska szkoła była dobra, a polska zła. Gdyby te dwa systemy zmiksować i odcedzić – może wyszłoby coś sensownego.

Czego nauczyła Cię polska szkoła?

Obowiązkowości. Determinacji. Uporu w pokonywaniu przeszkód. Uczyłam się, bo chciałam pokazać nauczycielom, na co mnie stać. Stawiali mi pały i kręcili głowami, a ja chciałam pokazać, że mogę, że umiem.

Sądzę, że gdyby to gnębienie potrwało jeszcze trochę dłużej, mogliby mnie złamać.

Wyjechałaś do USA i poszłaś do tamtejszej szkoły średniej praktycznie nie znając angielskiego. Jak było?

Chodziłam ze słownikiem pod pachą i modliłam się, żeby nikt mnie o nic nie pytał. Byłam bardzo samotna.

Przeżyłam tam szok, że jestem traktowana jak dziecko. Miałam prawie 18 lat, w Polsce czułam się dorosła, samodzielna. Tam zapakowano mnie do żółtego autobusu i dowieziono do szkoły. W drzwiach stał policjant i pilnował, żeby uczniowie nie pouciekali z lekcji. To było liceum!

Uderzyło mnie to, że nauczyciele tak delikatnie obchodzą się z uczniami. Uważają, żeby nikogo nie urazić, nie zrobić przykrości. Nie stawiają specjalnych wymagań. Moim zdaniem ten luz był nadmierny. Niewiele wymagano. Druga skrajność – w porównaniu z Polską.

Zżyłaś się z klasą?

Tam nie ma czegoś takiego jak klasa, w której uczy się przez wiele lat grupa tych samych ludzi. Wybierasz przedmioty, chodzisz na zajęcia w bardzo różnym składzie. Nie ma takiej więzi jak w polskich klasach i to jest kiepskie. Z drugiej strony, jeśli zawalisz jakiś przedmiot, możesz go nadrobić w czasie wakacji albo o semestr później ukończyć szkołę. Nikt tego nie zauważy, nie ma tego wstydu. Pamiętam, jak w Polsce przeżywaliśmy zagrożenie z przedmiotu. Powtarzanie klasy to był dramat.

W Stanach szybko nadrobiłaś zaległości?

W ciągu dwóch lat musiałam nadrobić kilkuletni program przedmiotów takich jak angielski, historia, ekonomia, psychologia czy polityka. W pewnym momencie zrozumiałam, że muszę jakoś wspierać się sprytem. Nauki społeczne zaliczyłam nie znając języka – po prostu odkryłam algorytm prawidłowych odpowiedzi w teście. Nie strzelałam, tylko kombinowałam. To był w pewien sposób test na inteligencję.

Odpoczywałam na lekcjach matematyki i fizyki. Byłam z nich tak dobra, że szybko przeniesiono mnie do grupy szczególnie zaawansowanej, do college’u. To mi pomogło zrobić edukacyjny skok. Moim zdaniem przedmiotów ścisłych dużo lepiej w tamtym czasie uczono w Polsce. Naprawdę dużo umiałam.

Pamiętam, jak ze Stanów zaczęły do nas spływać informacje o Twoich sukcesach szkolnych. Wygrana w dużym konkursie plastycznym, wizyta w Waszyngtonie, wywiad w telewizji. Kto odkrył w Tobie talent plastyczny?

To się stało trochę przez przypadek. Miałam przynieść na plastykę przedmiot, który w moim pojęciu symbolizuje przemijanie. Zapomniałam o tym. Uczniowie poprzynosili jakieś kapsuły czasu. Musiałam coś wymyślić. Miałam na lunch banana. Nie przyznając się do braku pracy powiedziałam, że zamierzam przez następne dni rysować tego banana i analizować jego rozkład. Moja praca zdobyła sporą nagrodę.

Nauczycielka plastyki zaprosiła mnie na lunch, zaczęła wypytywać o moje plany na przyszłość. Pytała, jak myślę o przestrzeni, jak widzę przedmioty. W końcu podsumowała: jesteś świetna z przedmiotów ścisłych, dobrze rysujesz, interesujesz się sztuką. Powinnaś iść na architekturę.

Posłuchałaś jej?

Nie, podjęłam studia medyczne. Ale tam była ta nieszczęsna chemia…

Przechodziłam codziennie koło budynku architektury i w końcu zrozumiałam, że nie chcę go mijać, tam się chcę uczyć.

To, co zrobiła moja nauczycielka plastyki, to moim zdaniem jedna z najważniejszych rzeczy w edukacji. Pokazała mi drogę, pomogła zrozumieć, co mnie interesuje, w czym jestem dobra.

Co jeszcze uważasz za ważne w szkole?

Uczenie logicznego i krytycznego myślenia. Pokazywanie, jak i gdzie zdobywać wiedzę. Inspirowanie i motywowanie do ciężkiej pracy.

W Stanach to jest właściwie automatyczne przełożenie: jeśli czegoś bardzo chcesz i ciężko pracujesz, to na bank osiągniesz sukces. Jak nie pracujesz i nie masz marzeń – nic nie zdobędziesz. Tam nic ci się nie należy. Nic. Nawet pomoc społeczna.

Od początku pobytu w USA pracowałam. Dorabiałam w piekarni, zmywałam naczynia, pracowałam w sklepie. Na uczelni prowadziłam zajęcia ze studentami pierwszego roku, pracowałam w administracji. Całe noce spędzałam nad projektami w studio. To procentowało. Zaczynałam studiować architekturę w grupie ok. 250 osób. Po dwóch latach na specjalizacji było nas bodaj 20. Zostali ci, którzy naprawdę dawali z siebie wszystko.

Dziś sama uczysz adeptów architektury.

Prowadziłam zajęcia z architektury wnętrz. Pomagam także ludziom po studiach znaleźć drogę w zawodzie. Jak ktoś mi mówi, że nie da rady nic osiągnąć, opowiadam trochę o sobie, jaką przeszłam drogę. Mówią, że im to pomaga. Okazało się, że lubię uczyć. Uczyłam nawet matematyki dzieci w polskiej szkole, dobrze się bawiliśmy.

Koordynujesz międzynarodowe projekty, z twojej pracowni wychodzą nagradzane budynki i wnętrza. Kiedy przyjmujesz ludzi do pracy, zwracasz uwagę, jakie ukończyli szkoły?

Nie. To, czy ktoś skończył Harvard czy lokalny collage jest często kwestią przypadku, wynikiem sytuacji finansowej. Interesuje mnie portfolio, szukam, czy kandydat ma w sobie potencjał. A potem jestem ciekawa, czy ma otwarty umysł, czy widać w nim pasję, wewnętrzny ogień. I czy jest gotów ciężko pracować, dużo się uczyć. W szkole dowiadujemy się głównie, czego jeszcze nie wiemy. Zawodu – stale, każdego dnia – uczymy się dopiero w pracy.

Jak myślisz, co dawało ci siłę, żeby wytrwać ten szkolny mobbing z czasów polskiego liceum?

Jedna z nauczycielek, pani G. Wierzyła we mnie, uśmiechała się do mnie, doceniała. Byłam jak roślinka w doniczce, który ona codziennie „podlewała” dobrym słowem. Inni nauczyciele próbowali wyciągnąć ze mnie co się da, ale nie wzmacniali. Nie wiem, czy jest jakiś wzór na to, jak powinno się uczyć: na ile wymagać, na ile wspierać. Wiem, że każdy młody człowiek jest inny, do każdego trzeba znaleźć klucz. Trzeba uważać, żeby go nie zniszczyć. W Polsce dostałam solidną dawkę wiedzy, ale mało brakowało bym uwierzyła, że do niczego się nie nadaję.

 

Autor:

redaktorka serwisu FC EDU

3 komentarze

  • Alicja
    / Odpowiedz

    Kasiu! odkryłam Cię na nowo – jesteś nie tylko Zdolna ale bardzo Dzielna!
    Pani Joanno! dziękuję za ciekawy wywiad 🙂
    Alicja

    • Joanna Szulc
      / Odpowiedz

      Dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że Kasia zgodziła się opowiedzieć swoją historię, bo to inspiracja i nadzieja dla tych wszystkich, którym podcina się skrzydła. No i to ciekawe – zrobić wywiad z kimś, kogo zna się od 1.klasy szkoły podstawowej 🙂

  • Małgorzata
    / Odpowiedz

    Czeka nas emigracja z 17 – letnią córką, takie wywiady podnoszą na duchu:)

Dodaj komentarz